Jeszcze zanim na dobre wchłonął mnie roślinny świat, już wiedziałam, że filodendrony zajmą w moim domu szczególne miejsce. Podobały mi się ich wielkie liście, połysk, imponujące rozmiary. A kiedy tylko zaczęłam poznawać je lepiej, ta sympatia, a właściwie miłość, rosła coraz bardziej. Dziś dochodzę do wniosku, że gdybym miała zacząć budować swoją dżunglę od zera, to nawet jeśli składałaby się tylko z filodendronów, to na pewno nie byłaby nudna, a z całą pewnością znacznie łatwiejsza w ujarzmieniu.

Pielęgnacja filodendronów

Przy oznaczaniu stopnia trudności w pielęgnacji filodendrony najczęściej zdobywają jedną gwiazdkę i komentarz zapewniający, że poradzą sobie z nimi nawet początkujący. Jednocześnie to ich największa zaleta. Wystarczy znać kilka prostych myków i regularnie je podlewać, żeby w miarę szybko dorobić się pięknej zielonej gromadki.

Wszystkie filodendrony, które trafiają pod moje skrzydła, możliwie najszybciej trafiają do samonawadniających doniczek i podłoża mineralnego. Z taką bazą codzienna pielęgnacja jest już banalnie prosta. Co jakiś czas zaglądam do korzeni (żeby sprawdzić czy nie ma szkodników i czy nie trzeba pomyśleć o większej doniczce), podlewam je średnio raz na tydzień, a co kilka tygodni zasilam nawozem. Jeszcze do niedawna był to podstawowy nawóz od Lechuzy, który świetnie sobie radził, ale od wiosny ambitnie postanowiłam też przetestować inne preparaty. Co jeszcze warto przy nich robić? Niewiele – co jakiś czas przetrzeć ich liście albo przemyć pod prysznicem, kiedy pojawia się na nich za dużo kurzu. Od wielkiego dzwonu przydaje się preparat na szkodniki, ale ze wszystkich roślin, które mam, to właśnie filodendrony są zdecydowanie najbardziej na nie odporne. Łatwo też można zauważyć, że coś jest nie tak. Żółknący albo podejrzanie długo rozwijający się nowy liść to dobry moment, żeby obejrzeć roślinę ze wszystkich stron i ewentualnie potraktować ją owadobójczym preparatem.

Wizualnie wygląd filodendronów poprawiają też dobre stare ogrodnicze nawyki – obracanie doniczki (żeby roślina równo chwytała słońce i ładnie się rozwijała się ze wszystkich stron) czy regularne podcinanie (żeby szybciej rosła i rozwijała większe liście). Przy wyrośniętych okazach warto też pomyśleć o paliku – np. kokosowym.

Chociaż filodendrony przedstawia się jako cieniolubne, to po kilkuletniej obserwacji mogę powiedzieć, że zdecydowanie lubią słońce – im bliżej parapetów, tym są gęstsze i ładniej wybarwione. Nie mam też problemu, żeby zostawiać je bez opieki na tydzień albo dłużej. W odpowiedniej doniczce samonawadniającej, żaden z moich filodendronów nie usychał z tęsknoty, a wiele zaskoczyło mnie po powrocie pięknymi młodymi liśćmi. I jak tu ich nie lubić?

Zaprojektuj swojego filodendrona!

Chociaż brzmi to jak dobry żart, to w przypadku filodendronów wcale nie odbiega on bardzo od prawdy. To zdecydowanie najbardziej barwna i urozmaicona rodzinka wśród roślin. Liście z połyskiem? skórzaste? welwetowe? Każdy znajdzie Coś dla siebie. Kolorystycznie filodendrony również można dopasować do każdego wnętrza. Same zielone odmiany dostępne są w różnych odcieniach (od srebrzystej mięty po głęboką zieleń). Nie brakuje też odmian w dosłownie neonowych kolorach po ciekawe odmiany w kolorach ziemi albo jesiennych barwach. Pokaźną grupę stanowią filodendrony z białymi i kremowymi wariegacjami. Przybywa też odmian wielokolorowych, których liście zdają się być maźnięte farbami przez wyjątkowo kreatywnego malarza. Ta ostatnia grupa to moi obecni ulubieńcy – wyjątkowo długo potrafię się przypatrywać liściom Pięknisia (tak pieszczotliwie nazywam mojego filodendrona strawberry shake), filodendrona burle Marx czy Red Andersona.

Na kolorach ta różnorodność się oczywiście nie kończy, bo kształty też mają w ich przypadku niemałe znaczenie. Najbardziej typowe są duże sercowate liście – klasyczne i piękne w swojej prostocie. Wcale nie mniej uroku mają filodendrony o liściach podłużnych z prostym albo pofalowanym brzegiem. Nie brakuje też odmian o bardziej fantazyjnych kształtach. Filodendron African fantasy ma na przykład liście o kształtach przypominających afrykańskie maski. Jest kilka odmian o liściach zbliżonych kształtem do skrzypiec albo przypominających smoka. Ciekawe są też filodendrony z powcinanymi liśćmi jak chociażby odmiana Xanadu albo Tortum, który bardziej przypomina już palmę niż filodendrona.

Samo komponowanie filodendronów to już niezła zabawa, a im bardziej urozmaicona grupka, tym ciekawiej. U siebie najbardziej lubię eksponować kontrasty. Kompaktowe odmiany tylko podkreślają imponujące rozmiary moich największych okazów, a ustawiane obok siebie filodendrony w różnych odcieniach tylko dodaje ich kolorom piękna i głębi.

Kolekcjonerska roślina w dobrej cenie

Jeśli masz zapędy, żeby zostać roślinnym kolekcjonerem, to z filodendronami jest to zdecydowanie najprostsze i zdecydowanie najtańsze. Właściwie każda niezielona odmiana jest kolekcjonerska, a te najdroższe wcale nie są tymi najpiękniejszymi. Zdecydowanie najlepiej jest kierować się własnym gustem i preferencjami kolorystycznymi, a w krótkim czasie można doczekać się imponującej grupki kolekcjonerskich filodendronów.

Co ważne, filodendrony, również te kolekcjonerskie, można kupić w różnej formie, co zdecydowanie ma wpływ na ich cenę. Korzystną opcją jest zakup malucha, zazwyczaj fajnie ukorzeniają się nawet w wodzie cięte węzły, wiele odmian w ciekawych kolorach ma dobre ceny nawet w przypadku większych rozmiarów (np. Prince of Orange albo Malaya Gold).

Dobrze jest też porównać przed zakupem podobne odmiany. U siebie mam kilka filodendronów o liściach w kolorach od pomarańczu po różne odcienie czerwieni i bordo (Prince of Orange, Red Sun, McColley’s Finale). Ten ostatni był zdecydowanie najdroższy, ale wszystkie są do siebie tak podobne, że drugi raz bym się zastanowiła, czy faktycznie warto kupować je wszystkie.

Magia nazwy

Wystarczy chociaż trochę przyjrzeć się ofertom kwiatów w sieci, żeby dojść do wniosku, że to miłośnicy filodendronów zdecydowanie najlepiej odrobili zadanie z marketingu i dla swoich ulubieńców wymyślili zdecydowanie najciekawsze nazwy.

Nazwy efektownych monster trudno zapamiętać, alokazji – wymówić, ale te wymyślone dla filodendronów zdecydowanie działają na wyobraźnię, że aż chce się mieć ich więcej w swoich zbiorach. Samych księżniczek jest już kilka, nie brakuje książąt i królowych, sporo jest odmian, które mają w nazwie coś królewskiego albo co najmniej szlacheckiego. Sporo jest też filodendronów, które nazwą nawiązują do świata fantastyki i średniowiecznych klimatów – mamy rycerzy, czarodziejów i dla równowagi również i kardynałów, nie wpominając o kolekcjonerskim cacku o wdzięcznej nazwie Spiritius Sancti.

Kto te nazwy wymyśla? Pojęcia nie mam, ale brzmią świetnie, łatwo je zapamiętać i wiele z nich trafnie oddaje urok konkretnych już filodendronów.

Filodendron szyty na miarę

Po kilku latach życia pod jednym dachem z kilkudziesięcioma filodendronami mogę powiedzieć tylko jedno. Lepiej uważać, kogo się zaprasza do swojego domu, bo dobrze zaopiekowane filodendrony bywają bardzo ekspansywne i lubią zabierać sporo przestrzeni. Zdecydowanie najlepiej jest zawczasu sprawdzić, jaka jest wielkość docelowa, żeby urocze maluszki, które niedawno bez problemu mieściły się na parapecie, nie zawłaszczyły w krótkim czasie połowy podłogi w salonie.

Filodendrony bywają rozłożyste, potrafią się piąć na kilka metrów po palikach, ale nie brakuje też odmian zdecydowanie bardziej kompaktowych, które fajnie prezentują się w wiszących doniczkach (brasil albo scandens) albo zadomawiają się na parapetach na dobre (wybarwiająca się na biało trójka white princess, white Knight i white wizard).

Z mojej gromadki uwielbiam wielkoludy i, chociaż zajmują sporo miejsca, to staram się zapewnić im jak najwięcej słońca, bo tylko wtedy wyglądają naprawdę zjawiskowo – wypuszczają coraz większe liście, mają piękne kolory i są gęste, bo łodygi nie muszą się nadmiernie wyciągać ku słońcu.

Trochę jak z jajkiem obchodzę się za to z maluchami, zwłaszcza kolekcjonerskimi. Bo chociaż rosną w hydroponice i niczego im nie brakuje, to właśnie one i ich najładniejsze liście padają najczęściej ofiarą szkodników. Mimo to warto mieć ich chociaż kilka, bo interesująco wyglądają w szlarenkach na oknie, a zjawiskowe wybarwienia warte są każdych (w tym wypadku na szczęście nie aż tak wielkich) trudów.

You Might Also Like

Leave a Reply