Początki przygody z roślinami prawie zawsze są niewinne. Na dzień dobry w domu pojawia się kilka doniczek z popularnymi odmianami, które co kilka dni się podlewa i co jakiś czas dokarmia nawozem. Ciekawie zaczyna się robić wtedy, kiedy, pomimo braku przysłowiowej ręki do kwiatów, zieloni podopieczni zaczynają wypuszczać nowe liście, a ich zieleń z każdym dniem coraz bardziej cieszy oko. Tak było właśnie ze mną. I zapewne jak większość posiadaczy zielonych szczęść doszłam do przysłowiowej ściany, kiedy stanęłam przed dylematem – zostawić moich ulubieńców na pastwę losu czy odpuścić urlop i zostać na swój sposób ich niewolnicą?

Pierwszy wyjazd był stresujący tak samo dla roślin i dla mnie. Dzień po powrocie zaczęłam przesadzanie przelanych biedactw i walkę ze szkodnikami. Jednocześnie obiecałam sobie, że znajdę sposób, żeby uniknąć podobnej sytuacji w przyszłości. Przecież kwiaciarze i ich rośliny radzą sobie z takimi sytuacjami, prawda?

Całkiem szybko okazało się, że tych sposobów na radzenie sobie z porzucaniem roślin na jakiś czas jest sporo, począwszy od zbiorniczków z wodą, które wtyka się do doniczki, po niemal hydrauliczne rozwiązania dla wielu doniczek jednocześnie. W końcu też trafiłam na doniczki samonawadniające i dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak hydroponika. Rozwiązanie wydało mi się na tyle przekonujące, że postanowiłam kupić jedną doniczkę i przetestować jak to działa w praktyce. Początkowo z ziemią, z czasem dokupiłam podłoże mineralne. I tak obserwowałam co się dzieje, a działo się wyjątkowo dobrze.

Nie tylko skończyło się regularne podlewanie i mierzenie wilgotności podłoża palcem, ale i roślinka zyskała wyjątkową niezależność. Trochę jak w reklamie, piła ile chciała i kiedy chciała, i zaczęła rosnąć jak szalona. Dodatkowo po przenosinach do podłoża mineralnego, znacznie zmniejszyła się ilość szkodników.

Od czasu zakupu pierwszej doniczki samonawadniającej minęły już prawie 3 lata i rozwiązanie okazało się na tyle skuteczne i praktyczne, że została mi obecnie tylko jedna roślina w mieszanym podłożu, która też powoli szykuje się do zmiany. Wbrew oczekiwaniom, nie jest to rozwiązanie tylko na dłuższe wyjazdy. To przede wszystkim wyjątkowa wygoda i oszczędność czasu na co dzień. Skończyło się codzienne kursowanie z konewką, a ja, mając regularną pracę, dziecko, kilka pasji i mnóstwo obowiązków, dochowałam się zielonej kolekcji liczącej około 100 różnych odmian roślin.

Przetestowałam już wiele dostępnych na rynku doniczek. Począwszy od tych premium, wyprodukowanych w Niemczech marki Lechuza, zwanej mercedesem wśród producentów doniczek, po znacznie tańsze alternatywy, które znajdowałam od czasu do czasu na Allegro, w sklepach internetowych albo nawet zamawiałam z Chin. Zdarzało mi się też robić własne doniczki z knotem, kiedy akurat nie planowałam inwestować w kolejną doniczkę. Każde z tych rozwiązań ma oczywiście wady i zalety. I nie zawsze są one oczywiste.

Moi ulubieńcy od Lechuzy

Doniczki klasy premium, gwiazdy Instagrama, luksusowa oprawa do roślin. Właściwie każde z tych określeń bardzo dobrze opisuje doniczki produkowane przez markę Lechuza. Poza dość wysoką ceną, trudno się w nich doszukać jakichkolwiek wad. Są bardzo estetyczne, dostępne w modnych, stonowanych kolorach i fajnych kształtach i rozmiarach. Producent dopracował je w każdym calu – doniczka idealnie pasuje do osłonki, wskaźniki poziomu wody nie blokują się, w zależności od rozmiaru i linii doniczki zbiorniczki z wodą są na tyle duże, by roślinka poradziła sobie bez doglądania przez jakiś czas.

Oczywiście mam swoje ulubione linie i rozmiary. Obecnie zdecydowanie najczęściej decyduję się na doniczki z linii Quadro albo Classico z wyjmowanymi wkładami o średnicy 21 albo 28 cm. Są solidne, nic w nich nie przecieka, tworzywo jest na tyle mocne, że dobrze znosi ciężar podłoża i dobrze się w nich trzymają już dość pokaźnych rozmiarów rośliny. Chociaż donice Classico są dostępne w wersji zintegrowanej bez wkładu, to jednak zdecydowanie ze względów praktycznych wolę droższą wersję z wkładem. Dzięki temu mogę zawsze odlać wodę, jeśli przypadkiem omsknie mi się ręka przy podlewaniu, sprawdzić, czy przypadkiem na dnie nie zalęgły się szkodniki, lepiej kontrolować korzenie i oczywiście dbać o czystość.

Bardzo efektowne są również donice z linii trendcover genialnie imitujące kosze i filcowe torby. Dodają wnętrzom bardzo przytulnego charakteru, są spore i mają pojemne zbiorniki, ale niestety nie mają już oddzielnego wkładu. Mimo to czasami je kupuję, żeby efektowna roślina miała równie efektowną oprawę.

Przez 3 lata kupiłam również sporo doniczek z lini deltini. Złego słowa nie mogę o nich powiedzieć. Są bardzo zgrabne, smukłe, dobrze mieszczą się na wąskich parapetach, mają wyjmowane wkłady. Niestety to rozwiązanie na krótki czas. Moi zieloni podopieczni dość szybko rosną i po kilku albo kilkunastu tygodniach trzeba już myśleć o czymś większym. Estetyka i jakość wykonania mają też niestety swoją cenę. Doniczka o średnicy 11 cm kosztuje już ponad 50 zł, a ta większa – bodajże 14 cm średnicy to już koszt około 80-100 złotych. Bez większego żalu zrezygnowałam z nich i teraz najczęściej decyduję się na tańszą alternatywę o bardzo podobnym kształcie i z okienkiem zamiast wskaźnika poziomu wody. Nie są tak idealnie kolorowe i błyszczące, ale jako rozwiązanie tymczasowe sprawdzają się świetnie i doskonale radzą sobie z roślinami małymi i średnich rozmiarów.

Bezmarkowa alternatywa dla donic z linii Deltini

Zdecydowanie najczęściej kupuję je w sklepie internetowym zielony parapet. Są dostępne w czterech rozmiarach – 8, 11, 13 i 15 cm. Te pierwsze kosztują kilka złotych i są idealne dla maluszków, którym warto zapewnić dobre warunki na start. Zazwyczaj hoduję je w podłożu mineralnym Lechuza, dokarmiam dobrym nawozem albo ukorzeniaczem, a kiedy korzenie nabiorą już masy, przenoszę je do większych doniczek, gdzie już pięknie i zdrowo rosną. Właśnie ta metoda pozwoliła mi utrzymać przy życiu szczepki o lichych korzonkach, humorzaste dzidzie alokazje, a nawet wyjątkowo czuła calathea sanderiana wygląda coraz ładniej i się powoli, chociaż bardzo szybko jak na siebie, zagęszcza.

Większe warianty tych doniczek kupuję zwykle do różnych pnączy, monster, filodendronów, w największej dziarsko radzi sobie dość duża palma kencja.

Mają te doniczki wady, ale ze względu na bardzo atrakcyjną cenę, przymykam na nie oko. Przede wszystkim knoty – przy pełnym napełnieniu zbiornika mają niestety tendencję do pojawiania się pleśni. Trzeba niestety wyczuć optymalny poziom wody, w razie potrzeby poratować się środkiem grzybobójczym i poczekać aż roślina się ustabilizuje. Można też poszukać alternatywy dla bawełnianego knota. U mnie całkiem nieźle sprawdzają się stare sznurówki albo sznureczki od torebek prezentowych.

Chociaż same doniczki są wielorazowe, to knoty lepiej jednak wymieniać, bo korzenie lubią w nie wrastać, a używane knoty potrafią się nieźle zabrudzić albo nawet zzielenieć pod wpływem różnych nawozów.

Okienka w tych doniczkach są świetnym sposobem na sprawdzenie poziomu wody, pod warunkiem że są czyste. Nawet przy przepłukanym podłożu, prędzej czy później brudzą się od pyłu, nawozów a nawet kamienia w wodzie. Warto więc je regularnie czyścić, ale za tę cenę i tak warto.

Doniczki samonawadniające made in China

Mają wygląd klasycznej doniczki, 18 albo 19 cm średnicy, czarny wkład z perforacjami, okienko u podstawy i dość gruby knot. Wypatrzyłam je na Allegro dość szybko. Sprzedawane były w dużych pudełkach po 3 sztuki w cenie około 100 złotych. Kupiłam je na próbę, a później zamawiałam regularnie. Mam w nich zdecydowaną większość roślin dużych i średnich, których korzenie nie rozrastają się już tak szybko. Ponieważ zajmują więcej miejsca nich smukłe doniczki Deltini i ich alternatywy, idealnie nadają się to bardziej rozłożystych roślin. U mnie z powodzeniem rośnie w nich kawa arabska, palmy, filodendrony o rozetowym pokroju i zagęszczone monstery. Te doniczki niestety szybko znikły z Allegro, ale można znaleźć je na AliExpress i zamawiać na sztuki w kilku różnych rozmiarach.

Mniejsze warianty według mnie mają trochę gorsze proporcje – wkłady są względnie małe, a zbiorniczki dość duże, nie nadają się do większych roślin, a maluchy (poza gęstymi pnączami) trochę giną na tle doniczki. Niezmiennie jednak uwielbiam warianty o średnicy 18-19 cm.

W ich przypadku również trzeba uważać z knotami, czyścić okienka, ale przy atrakcyjnej cenie nie jest to uciążliwe. Minusem może być czasami samo tworzywo. Osłonki są wykonane z dość cienkiego i lekkiego plastiku, większe rośliny mogą się w nich więc przewracać.

Zamówienie u chińskiego giganta na te doniczki robiłam już kilka razy. Nie wiedzieć dlaczego, zawsze otrzymywałam je w foliowych workach, a nigdy w kartonie. Biorąc pod uwagę, że plastik jest dość wiotki, a droga z Chin do Polski długa, kilka doniczek przyszło mocno uszkodzonych. Co prawda nie miałam problemu z reklamacjami, ale i tak tego śladu węglowego trochę szkoda.

Zdarzyło mi się również kupić chińskie doniczki ze wskaźnikami wody. Chociaż korzystam z nich do dziś, to nigdy nie kupiłam ich w większej ilości. Przede wszystkim nie mają wyjmowanego wkładu. Zbiorniczki na wodę również nie są dość pojemne, przestrzeń na bryłę korzeniową jest dość obszerna, ale niestety płaska. Wykorzystuję je więc najczęściej do pnączy. Idealnie za to pasują do okrągłych kwietników ściennych.

Te doniczki w wydaniu o średnicy ponad 20 cm są dość solidne, ale znowu – nie mają wyjmowanego wkładu i przynajmniej te moje nie są idealnie szczelne, więc stoją dodatkowo na podstawkach. Głównie ze względu na to, doniczki większej średnicy kupuję od Lechuzy i nawet już nie szukam tańszych zamienników.

Które doniczki warto wybrać?

Na to pytanie jest tylko jedna słuszna odpowiedź – to zależy. U mnie zdecydowanie najlepiej sprawdził się system mieszany. Roślin mam sporo i nawet boję się liczyć, ile musiałabym wydać, żeby wszystkie rosły w doniczkach od Lechuzy. Zdecydowanie bardziej zależało mi na czasie, żeby wszystkim zielonym podopiecznym zapewnić optymalne warunki, a sobie maksymalną wygodę i oszczędność czasu. Zresztą nie ma co czarować, w doniczkach klasy premium zdecydowanie najlepiej prezentują się okazy zdrowe i gęste, warto więc zadbać o to w pierwszej kolejności, a dopiero później pomyśleć o godnej oprawie.

Staram się też pamiętać o jednym – nie kolekcjonuję doniczek, tylko kwiaty. Jeśli tańsze opcje dobrze się sprawdzają, to lepiej jest zainwestować w fajny nawóz, dobry ukorzeniacz, doświetlenie albo nowego zielonego delikwenta o pięknych liściach.