Moja droga do roślin miała wiele początków. Źródeł, które z czasem wielką, dynamiczną i zieloną rzekę życia. Teraz to już żywioł, który staram się z różnym efektem okiełznać, chociaż zdecydowanie częściej ulegam urokowi kolejnych zielonych (i nie tylko) liści moich doniczkowych podopiecznych. Na początku to głównie ja dbałam o nie. Teraz, kiedy wiele z nich jest już duża i silna, coraz częściej dochodzę do wniosku, że to one dbają bardziej o mnie. Po prostu będąc.

Chociaż roślin przybywa mi coraz mniej i dobieram je z względną rozwagą, to moja zielona gromadka z każdym dnie rośnie w siłę. Zawłaszcza sobie kolejne centymetry powierzchni, wypuszczając kolejne liście i pnąc się w górę. Niekoniecznie szybko, ale zawsze bardzo konsekwentnie.

Chociaż nic nie mówią, przez samą obecność, czuję, jak zmieniają mnie i moje spojrzenie na wiele spraw. Otwierają furtki, obalają mity, obserwując je każdego dnia, widzę, jak w raz z każdym liściem rośnie we mnie siła tych cech, które są dla mnie ważne – optymizm, cierpliwość, wytrwałość, zaufanie do życia, radość z tego życia i nawet tych drobiazgów, które każdego dnia daje.

Kiedyś wydawało mi się, że kwiaty uprawia się tylko na emeryturze albo mając mnóstwo wolnego czasu. Tymczasem sama zaczęłam się otaczać nimi w chwili, kiedy tego czasu nie miałam i marzyłam, żeby choć trochę go uwolnić czy przynajmniej poprawić jego jakość, pozbywając się złych nawyków.

Po głębszym zastanowieniu, doszłam do wniosku, że to najlepszy sposób na relaksujące hobby, które łatwo można modyfikować w zależności od poziomu posiadanej aktualnie energii.

Kwiaty dają mi namiastkę natury bez wychodzenia z domu. Aą jak wakacyjny oddech w środku zimy.