domowa-dzungla-urban-jungle-w-salonie

Pojęcie urban jungle zrobiło w ostatnich latach oszałamiającą karierę. Zupełnie mnie to nie dziwi. Przebywanie wśród dużej ilości roślin, które na ścianie tworzą wejście do tajemniczej, bajkowej i tryskającej żywą zielenią gęstwiny, jest niezwykle atrakcyjne. Tymczasem nasza domowa dżungla z tą prawdziwą ma… niewiele wspólnego.

Wręcz przeciwnie. Dzika dżungla kojarzy się nam z egzotyczną wyprawą, tropikami, wakacjami na wyciągnięcie ręki czy pracą z laptopem pod palmą. Generalnie: z wielką przygodą, odpoczynkiem i czymś niesamowitym. Jaka jest rzeczywistość?

Prawdziwa dżungla kontra bezpieczny azyl w mieszkaniu

Prawdziwe tropiki wcale nie sprzyjają komfortowemu odpoczynkowi. Wystarczy sięgnąć po dowolny reportaż znanego podróżnika, aby szybko się o tym przekonać. Naturalna dżungla to przede wszystkim chmary gryzących owadów, nieznośny upał i obezwładniająca wilgoć. Rośliny nie są tam estetycznie przycięte – rosną dziko, tworząc gąszcz korzeni, o które niezwykle łatwo się potknąć. Jeśli nie przygotujesz się odpowiednio do takiej wyprawy, zamiast wielkiej przygody przeżyjesz szkołę przetrwania.

Gdy dłużej się nad tym zastanowić, okazuje się, że jedynym wspólnym mianownikiem domowej i dzikiej dżungli są same rośliny. Ale nawet tutaj kryje się pewien paradoks.

Biogeograficzny miks w jednej doniczce

Rośliny doniczkowe, które najczęściej wybieramy do mieszkań ze względu na ich efektowny wygląd, pochodzą z najróżniejszych stron świata. Przypomina mi to zajęcia z biogeografii, podczas których analizowaliśmy, czy zwierzęta z popularnych bajek miały w rzeczywistości prawo się ze sobą spotkać. Zazwyczaj okazywało się, że nie.

W świecie urban jungle jest bardzo podobnie. W naszych salonach pochodząca z Ameryki Południowej monstera rośnie ramię w ramię (a raczej liść w liść) z alokazją, której naturalnym środowiskiem jest Azja. Wszystko to kumuluje się na jednej przestrzeni. Mało kto wie (oprócz wtajemniczonych pasjonatów), że pod jednym dachem gromadzimy przedstawicieli gatunków ze wszystkich kontynentów. To niesamowite, że nie musimy podróżować na drugi koniec globu, aby mieć tę egzotykę na wyciągnięcie ręki.

Botaniczne zoo, czyli odpowiedzialność za rośliny doniczkowe

W pewnym sensie domowa dżungla przypomina mi zoo. Tyle że zamiast klatek i krat używamy doniczek. Doniczka na swój sposób ogranicza jednak wolność rośliny. Uniemożliwia jej zapuszczanie korzeni głęboko w ziemię i samodzielne pobieranie substancji mineralnych z podłoża (które zresztą rzadko bywa klasyczną glebą).

W mieszkaniu rośliny są całkowicie uzależnione od nas: od nawożenia, podlewania czy tego, czy odsłonimy im rolety. To na naszych barkach spoczywa odpowiedzialność za to, by rosły zdrowe, piękne i w pełni pokazywały swój potencjał.

Peter Wohlleben w książce Sekretne życie drzew pięknie opisał, jak gatunki rosnące w lesie tworzą podziemną sieć. Poprzez systemy korzeniowe potrafią się porozumiewać, ostrzegać, a nawet ratować, dzieląc się substancjami odżywczymi. W doniczkach tego naturalnego wsparcia brakuje, dlatego musimy sami wejść w rolę opiekuna. Na szczęście dziś jest to prostsze niż kiedyś. Rynek specjalistycznych nawozów i podłoży dynamicznie się rozwija, a ciekawe gatunki roślin są dostępne w przystępnych cenach. Śmiem twierdzić, że nie trzeba mieć nawet wrodzonej „ręki do kwiatów” – wystarczy dobra instrukcja obsługi, by stworzyć piękną kolekcję.

Wystudiowana dzikość a la ogród francuski

Jeśli miałabym szukać ogrodowych analogii, dzika dżungla najbardziej przypomina ogród angielski – choć nawet w nim dzikość bywa kontrolowana. Z kolei nasze domowe zielone kąciki to czysta forma ogrodu francuskiego. Przycinamy pędy pod konkretny kadr, pod wymiar ściany, regału czy kwietnika, aby rośliny robiły upragniony efekt wow na Instagramie.

Formujemy je wzdłuż palików kokosowych, dbamy o zagęszczenie i regularnie obracamy doniczki w stronę okna, by liście rosły równomiernie. Taki efekt wymaga pracy, ale zdecydowanie jest tego wart.

Zdecydowanie wolę tę bezpieczną, domową wersję. Nie chciałabym wylądować w prawdziwym tropikalnym lesie – podejrzewam, że po kilku godzinach miałabym dość. Domowa dżungla to natomiast oaza spokoju, w której można się zaszyć, popracować w komfortowych warunkach lub uciąć sobie drzemkę.

Co więcej, zaryzykuję stwierdzenie, że domowe dżungle potrafią wyglądać o wiele estetyczniej niż te prawdziwe. W naturze rośliny znajdują się na każdym etapie rozwoju. Obok okazów walczących o słońce widzimy liście stare, chore, próchniejące, pogniecione czy pogryzione przez szkodniki. Kiedyś zastanawiałyśmy się z moją plantaciółką, dlaczego w afrykariach, ogrodach botanicznych czy zoo – gdzie rośliny mają warunki niemal identyczne z naturalnymi – rzadko wyglądają one tak perfekcyjnie jak na Instagramie czy w naszych mieszkaniach.

Odpowiedź jest prosta: w domach fundujemy im absolutne luksusy. Są wręcz wychuchane! Dostają odżywki, witaminy, suplementy, a naturalne słońce wspieramy specjalistycznymi lampami do doświetlania. Jeśli ktoś ma totalnego bzika na tym punkcie, potrafi wyhodować okazy, które nie potrzebują żadnych filtrów, by zachwycać.

Jak stworzyć dżunglę multisensoryczną we własnym salonie?

Nasza domowa dżungla jest wyjątkowo komfortowa. Możemy zaaranżować ją tak, by rośliny stanowiły idealne, nienarzucające się tło dla codzienności – bez gałęzi smagających nas po twarzy. Możemy usiąść w chłodzie wentylatora, schować się w przyjemnym cieniu i pić mango lassi, czując pełen relaks.

W sezonie letnim uwielbiam zaszyć się wśród moich kwiatów z książką, która podbija ten egzotyczny klimat. Doskonale czyta się wtedy EuforięW pustyni i w puszczy, przygody Indiany Jonesa czy współczesne reportaże z podróży po Ameryce Południowej i Azji. Przeczytać kilka stron, zawiesić wzrok na zielonym liściu, pogładzić go – relaks idealny.

Aby jeszcze bardziej podbić te doznania, warto zadbać o aspekt multisensoryczny. Prawdziwa dżungla to przecież doświadczenie wielozmysłowe: wzrok, słuch, węch i dotyk współpracują ze sobą. W domu możemy ten efekt subtelnie zoptymalizować pod własne potrzeby:

  • Wzrok: Duże, zdrowe, żywozielone i lśniące liście (np. monstery czy fikusów) natychmiast przyciągają oko i koją zmysły.
  • Węch: Oprócz nawilżacza powietrza, który daje przyjemną, rześką wilgoć, warto sięgnąć po naturalne olejki eteryczne. Aromaty ziemiste, roślinne i przypominające powietrze po burzy idealnie oddają olejki z paczuli (patchouli), wetiwerii, trawy cytrynowej oraz eukaliptusa.
  • Dotyk: Głaskanie liści i regularne oczyszczanie ich z kurzu ma w sobie coś z medytacji. Samo wodzenie palcami po unikalnych strukturach i wariegacjach (odbarwieniach) liści to czysta przyjemność zmysłowa.
  • Słuch: Szum miniaturowego domowego wodospadu, pokojowej fontanny (która przy okazji nawilża powietrze) lub cichy ambient z dźwiękami natury natychmiast ukoją skołatane nerwy.
  • Smak: Dopełnieniem całości może być egzotyczna przekąska. Azjatycka kolacja, meksykańskie taco czy wspomniane, aksamitne mango lassi pity pod liśćmi własnej palmy smakuje obłędnie.

Wystarczy zamknąć oczy, wziąć łyk napoju i wsłuchać się w plusk wody, by poczuć upragniony, egzotyczny klimat. Bez pakowania walizek, bez wielogodzinnych lotów z przesiadkami i bez tygodni przygotowań. Przejście w tryb pełnego relaksu zajmuje tylko chwilę – wystarczy wejść do pokoju i zanurzyć się w swojej własnej, bezpiecznej urban jungle. Żyć, nie umierać!

Może Cię też zainteresować

Zostaw komentarz